Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Aktualnie online
Gości online: 1

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 12
Najnowszy użytkownik: oferkol
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
Gwara poznańska: lit...
Powitanie i parę słó...
Najciekawsze tematy
Brak tematów na forum
Ostatnie artykuły
Piosenka dziadowska ...
Opowiadanie Dziaduni...
portret na ostrzu noża
kuchenne pisanie
Królowa
Powitanie
Jewgienij i Erato
Napisane przez altermisza dnia czerwiec 07 2018 00:00:00
Link

' target='_blank'>Link


Wiosna przyszła znienacka. Walnęła go w głowę.
Obudził się o świcie, bo wczoraj nic nie pił.
Może trochę, lecz jeśli, to tylko połowę,
tego, co zwykle pija kulturalny człowiek,
by świat widzieć w kolorach, a nie w brudnej sepii.

Sięgnął ręką pod łoże po wymięty zeszyt.
Coś miękkiego prychnęło, ścisnął futro kota.
Wreszcie wyjął na światło notatnik poety,
nieudolne gryzmoły, pijacki pamiętnik,
pisany na gorąco po upojnych nocach.

Westchnął i szturchnął w biodro chrapiącą sąsiadkę.
Spojrzał na śpiącą muzę spoza okularów,
włosy miała zmierzwione i trochę już rzadkie.
Wypięła się na słońce swoim chudym zadkiem,
puszczając nosem fraszki – głośno, bez umiaru.

- Napiszemy coś, stara. Popatrz już jest kwiecień.
Znowu wiśnia zakwitnie i jabłoń przy studni.
Nie udawaj, bo nie śpisz, więc pomóż poecie.
Do roboty się weźmy, czas najwyższy przecież,
do.m i ogród nowymi wierszami zaludnić.

Muza oczy otwarła, a miała je piękne.
Przeciągnęła się z cudnym, nieziemskim uśmiechem
- Mam z tobą Jewgieniju cały rok udrękę.
Raz sonecik na zimę, na lato – piosenkę,
a ja z tego nic nie mam. Dzi.siaj pisz na krechę.





Położyli się razem, już nie po raz pierwszy.
Czule objął Erato i cicho z nią marzył,
Muza głowę złożyła na włochatej piersi.
Zaroiło się wokół od miłosnych wierszy.
Dobrze jej z Jewgienijem, nie myśli o gaży.
Jesienny rausz Jewgienija (vilanella)
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2018 00:00:00
Piurnonsensowicz Jewgienij
patrzy, jak w jego pucharze
wino jesienią się mieni.


Tak pięknie teraz na ziemi
- myśli i płynie wśród marzeń
Piurnonsensowicz Jewgienij


- Gdy ptaki w dojrzałej zieleni
malują dziwne witraże,
a wino ma barwę jesieni.


Więc w taki czas się wyleni,
gdy nikt mu nic robić nie każe,
Piurnonsensowicz Jewgienij.


Potrafi on trunek docenić
i wrzesień, co idzie z nim w parze,
bo wino jak jesień się mieni.




Znużony, w koronie z promieni,
zasnął pod dębu ołtarzem,
Piurnonsensowicz Jewgienij
po winie o barwie jesieni.
Na fali
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2018 00:00:00


Nie widać brzegów lądu na białym ekranie,
lecz litery posłusznie składają się w słowa.
Muszę na pustej mapie swoje miejsce znaleźć
i drogę bez kompasu wytyczać od nowa.

Biały świt się zakrada przez zamknięte okna,
z cieniem nocy, skostniałej, na zdrętwiałych plecach.
W dole błyszczy ulica, bezludna i mokra,
którą deszcz jeszcze wczoraj, razem z wiatrem, przetarł

Łacińskie nazwy chorób zabrzmiały w półmroku,
jak tajemne zaklęcie do bramy Edenu.
Potem głosy ucichły i znów nastał spokój,
Łatwiej będzie do brzegu dopłynąć samemu.

Cicho drzemie przy łóżku Anioł Stróż z obrazka,
jeszcze pusto w pokoju - trwa szpitalna cisza.
Omijam rafę ciała, gdy ból się nawarstwia,
dryfując w samotności za statkiem Odysa.
Krewe Krewejto czyli legenda starodawnej Litwy
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2018 00:00:00
























Krewe Krewejto, stary pustelnik mocno kosmaty,
na Litwie mieszkał w chacie wśród puszczy, przed wielu laty.
Jagód się nażarł, piołunu z makiem, czy psiego łajna,
bo mu zrodziła się raz pod wieczór myśl nadzwyczajna.
- Co tam Partenon i bazyliki - rzekł z miną srogą
Na przekór czasom ołtarz zbuduję, pogańskim bogom!
Lecz skąd denary na te cudowne a śmiałe plany?
Żubry zjedzone, dziewki sprzedane, las wyrąbany!
Chodzi po izbie, trochę popierdzi, trochę poziewa.
Z czego zbudować ołtarz wspaniały? Z kory, czy z drzewa?
Na cuda takie, trzeba niejednej pełnej sakiewki.
Cóż, las sprzedany, żubr wyrąbany, zjedzone dziewki!
Skąd mecenasa wziąć pośród bagien i wleśnych chaszczach?
Gdy wtem, przypomniał sobie o mnichach z krzyżem na płaszczach.

Otóż i oni, pobożni bracia, chętnie pomogą,
ołtarz zbudować , już nie jednemu, lecz wielu bogom!
Bracia warownię mieli za rzeką, zwaną Wilianka,
w której leczyli tęgiego kaca każdego ranka.
Pchnął tedy do nich, wraz z epistołą, pacholę jasne,
odziawszy, znając Teutonów gusta, w spodnie przyciasne.
- Ruszaj do zamku - rzecze Krewejto - śmigaj po trawie.
Łatwo tam trafisz, bo wszędzie wokół leżą ich pawie.


O, kraju wielki! Sławny z gorzelni w lasach ukrytych!
Pełen ogórków mało solonych oraz żon bitych!
Niedźwiedź zaryczy tam sobie czasem nocą głęboką,
albo gajowy, co palcem trafił we własne oko.
W leśnych ostępach zacieru zapach niesie się mocno,
wśród traw ubitych setek pośladków pracą conocną.

Przez kraj ów pędzi zastęp Krzyżaków, a szlak ich krwawy,
gnębiąc wieśniaków oraz wieśniaczki, dla większej wprawy.
Ziejąc ogniście, bo każdy z rana jest skacowany,
skromnie pukają taranem w dźwierze - Aufamachen, bramy!

Krewejto wita ich grzecznie, wystawia jadło,
pieczenie z tego, co w okolicy przez tydzień padło.
- Żarła nie ruszym - starszy mu powie - za capa mam cię!
Prośbę wyłuszczaj, bo służbę mamy wkrótce w kreisamcie!
Gadaj więc, dziadu, bo guz wyrośnie ci zaraz na łbie!
- Tu iskrę srogą z brody wypuścił po pikielhaubie.

Jął więc Krewejto opowieść snuć swą i wielkie plany,
w gzymsy, portyki i amfilady wnet zaplątany.
Tak się zapalił i z takim żarem plótł te androny,
że słońce jęło zwinnie się chować z drzew korony.

Ocknął się Krzyżak zwany Ruprechtem, bo przysnął trochę.
I rzekł - Nie gadam o świętych sprawach w ciemnym motłochem!
Jednak, gdy spełnisz nasze warunki, które wyjawię,
to pomożemy a eurofunduszy, tej twojej sprawie!
Ty, nam kraj oddaj i będziesz wiernym sługą Zakonu.
Damy ci łaskę oraz sprzęt sławny do samogonu.
I skierowanie do Instytutu Czystości Rasy.
Wtedy zajrzymy do naszej pełnej, krzyżackiej kasy.
A za twe wielkie dla naszej sprawy, capie, zasługi,
wpis na volkslistę, kategoryji, powiedzmy...Drugiej!
I jeszcze więcej! Poznaj me serce! Tu daję słowo!
Zwei liter wodka! Mundur Wehrmachtu, z kennkartą nową!

Gdy Ruprecht właśnie w plany Zakonu szczegóły wnikał,
Krewejto ujął lirę, co stała obok nocnika.
Brzdąknął trzy razy i rzekł podniośle, gdy Krzyżak zamilkł
- Niełatwo z wami toczyć dyskursa, krzyżackie pany...
Mam kraj swój sprzedać i wydać w łapy niecnej bezpieki?
Hańbą bym okrył imię swe piękne, na wieków wieki!
Podła sobaka, kto za pieniądze naród swój zdradza!
Cóż, viva l'arte! Ja na ten układ, chętnie się zgadzam!
I na wieczerzę was tu zapraszam, późna godzina...
Z wielką pieczenią i symboliczną lampeczką wina!

- Sieg heil! - krzyknęli wszyscy zebrani - Zwycięstwo nasze!
I pochwycili za misy jadła i pełne flasze.


I nie wiadomo, jakimi dzieje , szłyby drogami,
gdyby nie metyl i nie zdradziecki jad kiełbasiany.
Z czasem bór ukrył dwór nikczemników w leśnej mogile,
ale by trwale w pamięci wyryć tej zdrady chwile,
ostał na Litwie, jako memento, na wszystkie stany
- samogon ostry, no i, rzecz jasna, jad kiełbasiany.
Topielec
Napisane przez altermisza dnia luty 02 2018 00:00:00

Pojawił się przy brzegu, gdy na dzień się miało,
opuchnięty i nagi, wypluty przez wodę.
Okrywała go rzęsa, jak zielony całun.
Rozmawiały z nim mewy, jego dusza - z Bogiem.

Zostało jedno oko, a drugi oczodół
już zwabił ciemną treścią łapczywe robactwo.
Kąsało się o smaczny ochłap między sobą,
połyskując we wnętrzu ożywioną warstwą.



Usta wciąż rozchylone w bolesnym zdumieniu,
jakby chciały dokończyć w pół urwane zdanie.
Wyjawić sekret nocy, zdradzić każdy szczegół
- czego szukał na wyspie i jak umarł na niej.

Nierozważnie tam bywać po zachodzie słońca,
łatwo w gąszczu zabłądzić i drogę pomylić.
Złe wychodzi z ciemności. Dusi. W topiel strąca
i zostawia jak pieczęć, znak szponów na szyi.

Ciemna woda ukryła wszystkie ślady zbrodni.
Ptaki znowu śpiewają, cicho szumią drzewa.
Tylko ciało zostało po igraszkach wodnic,
którego na bezludziu nie ma kto pogrzebać.
Dzień na wsi
Napisane przez altermisza dnia luty 02 2018 00:00:00





Fajansowe talerze bieleją na stole,
a makatka na ścianie, wita się Dzień Dobry.
Już czas, żeby na taki, przyszła wreszcie kolej,
po dniach rzuconych w przeszłość - bezbarwnych i podłych.

Ożyły barwne kwiaty z malowanych dzbanków,
pachnie kawa zbożowa i bułka maślana.
W jasnej kuchni, na szybach, głodne muchy tańczą.
Wyskakują, bez końca, wiejskiego kankana.

Znudzony życiem kundel, spał przy pustej misce,
śniąc o tłustej kiełbasie i namiętnej suczce.
Nawet kot go nie zbudzi, bo zna we wsi wszystkie;
Więc powiesił na budzie napis – ŚPIĘ. NIE BUDŹCIE.

Świat popłynął w sonacie lipcowego nieba.
Tak pięknie nieprawdziwy, niby ogród boży.
Jeżeli nie istnieje, to po prostu trzeba,
zamknąć oczy i szybko - samemu go stworzyć.



Wodnice
Napisane przez altermisza dnia luty 01 2018 00:00:00


Otoczone wikliną, wśród splątanych łodyg
stoi drzewo nad brzegiem. Schyliło się ciężko,
ale liśćmi nie mąci nieruchomej wody,
by nie zbudzić drzemiących w ciemnej toni dziewcząt.

Każda włosy ma długie, śliskie jak skrzek żabi.
Jasne ciało – nie mlecznej, ale trupiej bieli.
Piękne nie dla rozkoszy, lecz by mężczyzn wabić
i zabierać ze sobą, a na dnie łup dzielić.

Niewidzialne, gdy zechcą, szepczą obietnice,
szyje chłopców muskając delikatnym chłodem.
Tylko oczy bez źrenic szpecą twarze śliczne,
które będą już zawsze nieziemskie i młode.

Powstały z woli mocy panującej w czerni.
Tam, wśród śmierci i gnicia, gdzie przydenny osad,
ulepione z ciał zmarłych i z soków bagiennych,
urodziły się nimfy o zielonych włosach.

Zło zabrało im dusze i ukradło przeszłość.
Czasem w snach do nich wraca i w mglistych obrazach .
A u każdej na ciele, jak blizna bolesna,
wypalona przez ciemność, dawnych cierpień skaza.

Jedna ślad ma od noża, sprzedana na hańbę.
Druga, żyły spuchnięte, pokłute igłami.
Tamta, usta ma jeszcze trucizną przeżarte.
Innej, pręga po sznurze tnie szyi aksamit.

Tylko czasem o świcie, gdy od mgły jest biało,
przysiadają na brzegu pod zgarbionym drzewem.
Milczą, a na ich twarzach ślady łez zostają.
Lecz dlaczego płynęły, żadna przecież nie wie.

Włos Ariadny
Napisane przez altermisza dnia luty 01 2018 00:00:00





































Przez sieć ciemnych gałęzi przebija miedziane
tło cichego wieczoru po dniu bez historii.
Glinianą popielnicę obracam powoli,
oglądam włos wpleciony w magiczny ornament.

Wyrwałaś go z warkocza, nieznana dziewczyno
- zadałaś czar wieczysty, silniejszy od śmierci.
Obudzony po wiekach, które w ziemi prześnił
teraz szumem modrzewi w puszczy się rozpłynął.

Dotykam nierówności chropawej powierzchni.
Jak pismo dla wybranych mówią pod palcami
wersety starej księgi przez lata pisanej,
zanurzone w półcieniach i w kolorach leśnych.

Pochowały się kwiaty, ukryły przed zmierzchem;
liście gubią kolory, gorzko pachnie piołun.
Przytulone, jak siostry, olchy śnią i stoją
przy drodze do legendy – mrocznej i bezkresnej.





Układ (OKP im.K.Furmana 2012)
Napisane przez altermisza dnia luty 01 2018 00:00:00
Układam się z ciemnością i zawieram rozejm
nie będę się potykał o władzę nad ciałem
dostanę list żelazny do granicy światła
i aksamitny kostium wszystkich niewidzialnych

nie zdradzę tajemnicy którą mi powierzy
ukryję mroczne szyfry i tajemne znaki
poza tkanką lodowca i zimnej materii
w ostatniej czystej iskrze uchodzącej w przestrzeń

lepkim potem odcisnę pieczęcie w pościeli
osuszę je oddechem świszczącym z dna tundry
drżący podpis złożony i vacatio legis
określi ona sama kiedy po mnie przyjdzie
Święta Jewgienija (villanella)
Napisane przez altermisza dnia styczeń 04 2018 00:00:00



Jewgienij dzieli się opłatkiem.
Święta za pasem, więc wesoło,
a miłe chwile są tak rzadkie.


Chwyci za pupę swą sąsiadkę
i wycałuje pod jemiołą.
Potem podzieli się opłatkiem.


Psu też da trochę, choć ukradkiem
i rozpogodzi swoje czoło.
Cóż, miłe chwile są tak rzadkie.


Chociaż na modły chodzi w kratkę,
bo czasem bywa straszne "zioło",
jednak podzieli się opłatkiem.


Być dobrym - mruczy - to niełatwe
i życzy zdrowia wszystkim wkoło,
gdyż miłe chwile są tak rzadkie.


Gdy może spotkasz go przypadkiem,
wtedy zaświeci głową gołą,
chętnie przełamie się opłatkiem,
bo miłe chwile są tak rzadkie.
Świniobicie
Napisane przez altermisza dnia styczeń 04 2018 00:00:00


Chłopina darł szczecinę zatłuszczonym ostrzem,
głuchy na suczy jazgot w podwórzowej czerni.
Psy poczuły wyżerkę po jesiennym poście,
a zapach krwi i mięsa był nazbyt przyjemny.

Mróz ścinał błoto w kamień - do świąt mały kroczek.
Dzień spływał za horyzont, a jucha do miski.
Trzej królowie, po łokcie schlapani w posoce,
pomagali przy świni, bo za wcześnie przyszli.

Mętne światło żarówki skrywało szczegóły,
powtarzanej co roku długiej ceremonii.
Nie miał końca starannie sprawiany rytuał
czyszczenia świeżych jelit, choć czas przecież gonił.

Zapomnieli, że panna na ostatnich nogach,
lada chwila ma rodzić w szopie przy parafii.
Znowu sama zostanie w kraju prostych pogan
i tylko jedna gwiazda zawsze do niej trafi.
Wykopaliska
Napisane przez altermisza dnia styczeń 02 2018 00:00:00






































Ze spalonej osady zostały kamienie
i pasemka popiołu na kopcach kretowisk.
Po źdźbłach trawy, jak fala, jasny promień przebiegł,

ale ziemia milczała, niczego nie powie.
Nie wyjawi sekretu, który w sobie chowa,
choć poznały go drzewa, nim odkryje człowiek.

Tylko, kiedy przychodzi noc bezksiężycowa,
długowłose dziewczęta przystają na wałach
i słuchają odgłosów bitew i polowań.

Łąka czeka cierpliwie od rosy spotniała,
na spóźnionych wędrowców wracających z mroku -
dawno temu odeszli, lecz ona została;

wygasłe paleniska i bezludny spokój -
na piachu garście skorup i kości jagnięce,
ślad sadzy na kamieniu o spalonym boku .

Trzymasz szklany paciorek w zabłoconej ręce.
Teraz otrzyj go z piachu. Na słońcu się mieni.
Ogrzej jeszcze przez chwilę, schowaj do kieszeni.
Oto twoja nagroda. I nie licz na więcej.
Nyktofobia (OKP im.C.K.Norwida 2012)
Napisane przez altermisza dnia styczeń 02 2018 00:00:00
Tak chciałbym spotkać siebie z drugiej strony lustra.
Wyciągnąłem już ręce ku śliskiej powierzchni,
lecz zniknęły w ciemności rozchylonych ustach,
wciąż gotowych przemówić przy pierwszym dotknięciu.


Przepadłem w gęstej nocy, mrok wyssał powietrze,
na strunach drżących nerwów strach grał pianissimo.
Przylgnąłem do zwierciadła - po tej stronie jestem,
konturem w kroplach potu, ściganą zwierzyną.


Zastygłem w niemej czerni jak skurczony robak,
ukryty wewnątrz ciała, czujny nieustannie
- tam poczekam , aż przyjdzie wielobarwna zorza,
przekonam się w jej blasku, czy jestem naprawdę.
Czeladnik u Bruegel'a maluje taniec śmierci
Napisane przez altermisza dnia styczeń 02 2018 00:00:00




Chłopska muzyka pognała galopem,
aż pod powałę, nie ustając w biegu;
w girlandach czosnku, wśród brązowych cebul.
Z beki trysnęło piwo, ciemnozłote;
prosto w zgłodniałe paszcze pustych szklanic,
bo biesiadnicy wciąż nie są pijani.

Dziewuchom w tańcu kolebią się piersi,
w rozsznurowanych przez chłopców stanikach.
Proboszcz w sutannie, musi ślinkę łykać,
w parze z żebrakiem, co to się powiesił.
Biedny nieboszczyk, poczuwszy woń piwa,
przybył do karczmy, w której dawniej bywał.

Czerwony diabeł wygląda zza pieca.
Szczerbatą mordę wyszczerzył z radości,
za cebrem z wodą gniazdko sobie mości.
Przez komin w kuchni, na chwilę, tu wleciał
trochę się ogrzać, bowiem deszcz go dopadł.
A zima blisko - już chłodny listopad.

Tańcują wszyscy, tylko brak kostuchy;
jej kosa stoi oparta o żarna.
Nie ma co liczyć na to, że umarła.
Na stole został szklany gąsior – suchy.
Śmierć gnije w kącie, w trzy dupy zalana
- trzeba się bawić , mając czas do rana.


Czytanie zapisków z nieudanej wyprawy
Napisane przez altermisza dnia styczeń 02 2018 00:00:00

Czytałem twój pamiętnik - dziennik okrętowy
z bezowocnej podróży do nieznanej ziemi.
Opowiadasz, że słońce nie chciało zachodzić
nad sinymi łąkami kwitnącego morza.
Wypalało na plecach równikowe piętno
przemywane kroplami bardzo gorzkiej wody,
strącanej z lekkich skrzydeł niedostępnych ptaków
kołysanych oddechem wiatru od Północy.

Trzymałeś kurs na białe pola brzegu mapy,
tam, gdzie mogło być wszystko o czym pomyślałeś;
ale z każdą godziną pełną niepewności
ścieżka drogi do domu stawała się dłuższa
znaczona torem piany za wyniosłą rufą.

Pod niebem wypłowiałym i całkiem podobnym
do sztywnego od soli żaglowego płótna
rozpływała się przeszłość. Przyszłość się zgubiła.
Nie zgadzały się daty, pory dnia i roku.
Coraz częściej słyszałeś donośne wołanie
o człowieku za burtą, chociaż nie wiedziałeś
czy znad ciemnej krawędzi nie wołają ciebie.

Wróciłeś pokonany i długą relację
spisywałeś nocami na szorstkim papierze
barczystym lasem liter języka żeglarzy.
Wszystkie były solidne i proste jak maszty,
bowiem prawda jest taka jak ją spamiętałeś,
gdy ty, zapamiętany - istniejesz naprawdę.

PIERWSZY WPIS
Napisane przez altermisza dnia styczeń 01 2018 00:00:00
29.10.2011.
ALTERMISZA stanowi zbitkę dwóch pseudonimów, pod którymi się ukrywam, włócząc się tu i ówdzie. Najczęściej bowiem występuję jako MISZA albo ALTER. Zdarza mi się również podpisywać LELIWA lub MICHAŁ WITOLD DANECKI. Jeżeli to czytasz - zajrzyj do środka.
Będzie mi miło. JEŻELI CHCESZ DODAĆ SWÓJ KOMENTARZ - MUSISZ SIĘ ZAREJESTROWAĆ. NIESTETY, JAKIEŚ MENDY ZACZĘŁY WKLEJAĆ ANGIELSKIE REKLAMY I NIE MAM WYJŚCIA.

Z Miejsca Postoju


ALTERMISZA vel MISZA vel ALTER vel LELIWA vel MICHAŁ WITOLD DANECKI
Diabelskie sztuczki
Napisane przez altermisza dnia styczeń 01 2018 00:00:00








O, w mordę! Stara wierzbo! Będziesz mi natchnieniem.
Jewgienij chwycił pióro, otworzył kajecik.
Chciałby, drzewo i łąkę, tak na papier przenieść,
żeby wietrzyk opisać i ważkę, gdy leci.

Popił więc, bo bez flaszki wena się zatyka.
Pod pniem usiadł wygodnie i westchnął głęboko,
gdy ktoś nagle zaskamlał – dałbyś chociaż łyka.
Spojrzał w górę, gdzie w czerni błyska smutne oko.

Zaklął. Znał tego sępa, znały wszystkie bary,
przeklęły sprzedawczynie ze sklepów wódczanych.
Z dziupli diabeł wyłazi, niezdarnie, bo stary.
- Witaj, Żenia – wychrypiał – czy masz trochę many?

Jewgienij sapnął wrogo i podał butelkę,
Kusy w mig się uporał z nektarem księżyca.
Szanse, że wiersz powstanie były już niewielkie,
bo, niestety, rogaty kolejną zaliczał.

Ale wtedy ich dusze dziwnie się zbratały.
Weszli w śpiewną poezję po dywanie z liści,
Bez muzy i Pegaza. Odkryli świat cały,
którego się na trzeźwo nie potrafi wyśnić.

Sami byli poezją, zanurzeni w ciszę.
Mieli barwy jesieni, a w zapasie wódkę.
Ale wiersz nie powstanie. Nikt go nie napisze.
Przecież sztuka jest długa, a życie – za krótkie.


Czytaj więcej
Korzenie
Napisane przez altermisza dnia styczeń 01 2018 00:00:00


Kto dał im giętkie ciało i twardość kamienia
wie tylko skóra ziemi pachnąca po orce
i niezmiennie milczący wieczorny ocean
nieba, gdzie być powinien, wszystkich rzeczy ojciec.

Niewidoczne dla oczu przechodzących istot
splatają się misternie w kolejny hieroglif
labiryntu litanii z prośbami, by przyszło
nowe życie ze źródła krzewiących się modlitw.

Poskręcane i stare, pełzną na powierzchnię,
zastygając rzeźbami wykutymi w ogniu.
Nieśmiertelne, bo przecież były znacznie wcześniej;
zanim pierwszy dzień nastał, a z nim wyrósł ogród.


Okno po drugiej stronie ulicy
Napisane przez altermisza dnia styczeń 01 2018 00:00:00

Powolne przebudzenie w znajomym pejzażu,
trwało chłodnym półmrokiem nienazwanej pory,
której cień na chodnikach błotem się rozmazał,
odrzuconej przez wszystkich i śmiertelnie chorej.

Od łez albo od potu, zastygał na ustach
posmak soli i gorzki osad niewyspania.
Ślad po śnie wygasając, realny świat muskał
bladym echem kolorów, nie biorąc nic w zamian.

Gałęzie żywopłotu oplecione drutem,
jak ręce rozstrzelanych z wojennych fotosów,
drżały pod zimnym deszczem lecz nie mogły uciec,
poddając się wiatrowi i wyrokom losu.

Zapaliło się światło w oknie naprzeciwko
i przemknął cień kobiety za cienką zasłoną.
Tylko chwila. Tak krótka, jak ulotna bliskość
z człowiekiem w pustym świecie. Z moją nieznajomą.
Ecclesia
Napisane przez altermisza dnia styczeń 01 2018 00:00:00


Drzewa splotły ramiona w gotycki tympanon.
Portal pełen jasności powoli prowadził
przysadzistych pni kolumn cienistą litanią
ku otwartej równinie wychłodzonej nawy.

Suche liście spływały cichym deszczem hostii,
w gąszczu krzyży gałęzi, obudzone ptactwo,
ochryple głosząc chwałę wszystkich stworzeń boskich,
śpiewało oratorium i nie chciało zasnąć.

Jesiony stały razem skupioną gromadą,
malując na tle nieba nierówny ornament.
Wybijały pokłony z wiatrem, który zadął,
modląc się, żeby kiedyś, ktoś się modlił za nie.


Pewność (OKP im. C.K.Norwida 2012)
Napisane przez altermisza dnia październik 09 2017 00:00:00

Do gwiazd, wystarczy raz zawołać: Boże!
I wiedzieć, że jest w niebie step szczęśliwszy...
(Cyprian Kamil Norwid: Do L.K. 1861)





Przychodzisz zawsze wtedy gdy przestaję czekać
kiedy wiersze o tobie spalone na popiół
przepijam słowa wódką
i chowam się w chmurach
razem ze mną alkohol
i dym z papierosów

pożegluję przez miasto płynące wśród świateł
przejdę chłodne ulice dobrze znaną trasą
bo wiem przecież że jesteś
nawet dla pijaka
który płaci za wszystko
lecz nie ma pić za co

odwiedzę swoją knajpę skąd nie widać nieba
barman da mi na zeszyt i usiądę w kącie
poczekam byś mnie zabrał
na bezkresne łąki
przecież musisz być blisko
nigdy w to nie zwątpię




Grzybobranie Piurnonsensowicza
Napisane przez altermisza dnia sierpień 07 2017 00:00:00


Czas grzybobrania. Czeka już Pegaz.
Erato w chuście na kształtnej głowie.
Jewgienij w gaciach po domu biega.
Już jest ubrany, ale w połowie.

Koszyk i nożyk, wina zapasik,
wojskowa czapka – prezent od Szwejka.
W siodle się mości – leć, koniu ptasi!
Pegaz, aż przysiadł. Jęknął – wymiękam.





Erato mocno trzyma się grzywy
i w locie skrzeczy – zabrałeś wszystko?!
A rumak frunie, choć ledwie żywy.
Na szczęście, grzebień lasu jest blisko.

Siedli na łączce, w cieniu modrzewia.
Pegaz wydoił zaraz dwa wina.
Jewgienij muzie także nalewa,
bo grzybobranie się rozpoczyna.

Łyknął i mlasnął – znam się na grzybach,
chociaż w szczegóły nie będę wnikał.
Gdy na was patrzę, to widzę chyba,
chudą purchawkę i sromotnika.

Znów obrażeni. Lecz nie na długo.
Czerwone wino w żyłach krążyło.
Modrzew otulił ich cienia smugą
i czas, jak trunek, popłynął miło.

Grzyby dziś mogą z ulgą odetchnąć.
Wszystko wypite i ciężkie głowy .
Pora opuścić gęstwinę leśną,
z pustym koszykiem, lotem ślizgowym.

Jewgienij wesół - w domu nareszcie.
Cóż, własne ściany są najpiękniejsze.
Kiedy dokładnie usunie kleszcze,
z leśnych zapachów przyrządzi wiersze.









Nekropolis
Napisane przez altermisza dnia czerwiec 05 2017 00:00:00

Pies dopadł ścierwo wrony i zaczął je szarpać,
gdy bractwo czarnych ptaków zajęte rozmową,
nie patrzyło na scenę – uwagi niewarta.
Nagle kundel zaskomlał, uciekł, skulił ogon.

Wrony nadal siedziały na cmentarnej bramie,
jak żałobne konsylium nad zmarłym pacjentem,
lecz zamilkły, znów lament podniosą nad ranem.
Przyszła noc ugwieżdżona z księżycem przypiętym.

Zimne światło obnaża wystające kości
zapadniętych nagrobków – północ je odmieni.
Wersety epitafiów powiąże w akrostych,
jak klucz do tajemnicy i krainy cieni.

Anioł dłonią bez palców wskazuje gdzie ciemno,
na hałdzie zgniłych śmieci czyjeś ślepia świecą.
Miejsce, gdzie się porzuca rzecz już niepotrzebną,
służy kwiatom z papieru i niechcianym dzieciom.

Ciepło ziemi wygasło, chłód i mrok pozostał.
Cichy śmiech za plecami przebiega mrowieniem.
Czasem szept przejdzie bokiem lub trzaśnie gałązka,
jakby ktoś chciał na chwilę do żywych się przenieść.

Opuszczone mogiły, zarośnięte ścieżki
- drzewa drżą wystraszone na świszczącym wietrze.
Na cmentarzu wyklętych, coś w krzewach szeleści
- niespokojnie śni miejsce, którego nikt nie chce.



























Czas głogu
Napisane przez altermisza dnia czerwiec 05 2017 00:00:00



Dojrzały głóg już czekał. Sprawiony przymrozkiem
gęsto ciemniał na krzewach wśród palczastych liści.
Jeszcze chwilę postoję, nim pierwszego dotknę,
patrząc, jak wczesne słońce w gęstwinie się iskrzy.

Chłodna wilgoć przywarła do cienkich gałęzi.
Opary wędrowały po zroszonych kępach
płowej trawy na łące. Wiatr ich nie rozpędzi,
więc chwila cichła w bieli i zdała się święta.

Duży koszyk z wikliny do pełna nazbieram
w deszczu kropel, strząsanych poruszeniem dłoni,
bo każdy mały owoc oberwany teraz
jest świeczką dla przyjaciół i pamięcią o nich.

Kiedy wino dojrzeje, to wypiję twoje
zdrowie, Dzidku, choć poznasz, że to nie pieprzówka.
Szybciej, niż wyschła butla, przyszła na cię kolej,
odszedłeś, choć czasami z trudem mogłeś ustać.

Marysiu zakochana o warkoczach z nitek
szarych włosów i oczach zielonych. Wciąż smutna.
Może w snach jeszcze wrócisz, ciągle na to liczę,
że pomachasz mi ręką i powiesz: do jutra.

Spełnię toast za Wiesia, szklaneczką zadzwonię.
Zabrzmi, jak sygnaturka na skromnym pogrzebie.
Zawsze biegał tak szybko, więc go nie dogonię,
Przepadł w mroku na zawsze, lecz dlaczego - nie wiem.

Ciężki kosz, zakończona liturgia zbierania.
W chłodzie późnej jesieni, niósł się cierpki zapach.
A gdy szedłem, las szeptał ciche: módl się za nas.
Czułem tłum za plecami, lecz nikt nie zapłakał.

Ekshumacja
Napisane przez altermisza dnia kwiecień 03 2017 00:00:00

Zastukały o skrzynię ostrza mokrych łopat.
Pojawiło się pudło, podłużne i nagie,
które dawno straciło trumienną powagę,
pokryte ciemnym szlamem i smugami błota.

Wieko wreszcie puściło, ukazując wnętrze;
jakąś lalkę bez twarzy – sczerniałą, ohydną.
Rój robactwa się dzielił z aksamitną grzybnią,
zapach pleśni wypełniał wiosenne powietrze.



Gdzie ty jesteś? Bo tutaj nikogo już nie ma.
Brudne szmaty i kupa gnijących odpadów,
nie są tobą. Lecz jeśli zechcę poznać prawdę,

będę szukał mozolnie w odległych wspomnieniach.
Zaciskam więc powieki, próbując odgadnąć,
którą ścieżką podążasz - na pewno cię znajdę.



Jimi Hendrix
Napisane przez altermisza dnia kwiecień 03 2017 00:00:00



podkręć wzmacniacze wyobraźni
w tle gitary zadudni nieśmiertelny
totentanz w błocie Wietnamu i Woodstock
głos śmierci stanie się wyraźny
pusty całun białego ekranu
przywróci na jedną chwilę
odciśnięty cyfrowo zarys twarzy


Ucieczka króla Henryka czyli skąd w Polszcze franca
Napisane przez altermisza dnia marzec 03 2017 00:00:00




























Noc 18 czerwca 1574 roku ma się ku końcowi. Jan Tęczyński, podkomorzy krakowski i młody Mikołaj Zebrzydowski doganiają pod Pszczyną Henryka Walezego, który właśnie nawiał z Krakowa

Henryk /dostrzega pogoń/

Cóż za durnie, nie do wiary!
Przecież na mnie czeka Paryż!

Tęczyński - Oj, Henryczku...Tak nieładnie!

Zebrzydowski - Zaraz ci łomocik wpadnie!

Tęczyński - Wracaj, Miłościwy Panie!

Zebrzydowski - Zaraz ktoś tu w ryj dostanie!

Tęczyński -
Czeka Anna Jagiellonka!
I Wawelik! I koronka!
zdrowa kuchnia. miły klimat...
Takich wczasów nigdzie ni ma!
Czy Cię kraj nasz nie zachwycił?...

Henryk -

Powiem krótko. Mam to w rzyci!
Tutaj, może was osłabię
- od ud babich, wolę żabie.
Kraj wariacki - dla wariatów!
Koniec. Kropka. Brak tematu.
Do Wenecji! I na Paryż!
Tam się żyje, wy fujary!



Tęczyński z Zebrzydowskim /w celu wstrząśnięcia sumieniem władcy odśpiewują " Boże coś Polskę" oraz "Białego Misia"/

Henryk /wyciera nos i wyjeżdża do Wenecji/




Tęczyński z Zebrzydowskim /stepując rapują/


Znajdziemy inną osobę.
Na tronie znowu jest pusto.
Zostawił francuską chorobę
i przepis na miłość francuską.


/ Całość, jak zawsze, kończy się wesołym oberkiem/
Jewwgienij i Magritte
Napisane przez altermisza dnia marzec 03 2017 00:00:00

Dzień ciężki jak z ołowiu – mroczny, niewyspany.
Wcale nie wstał, wciąż leżał w skłębionej pościeli
ciężkich chmur zwisających ku ziemi pasmami.
Jewgienij rozwarł oko i z nim niemoc dzielił.





Lepiej się nie podnosić. Przychodzi zwątpienie
w sens majowych poranków i słońca zachodów.
Trzeba się raz na zawsze do krainy przenieść,
gdzie jesień się nie żeni z wiosną bez powodu.

Teraz zagrałby sobie. Spojrzał na pianino,
lecz stało za daleko, choć wyciągnął rękę.
Wymyślił więc melodię i z nią w dal odpłynął,
porzuciwszy swe łoże i poduszki miękkie.

Gdy szybował przez nicość, składał z niej obrazy
wymarzonej przystani, gdzie chciałby zamieszkać.
Przypomniał sobie obraz, przy którym wciąż marzył;
namalował go Magritte - tak się zwał koleżka.

Kochankowie na plaży w kamiennym uścisku
Przytuleni do siebie, złączeni tułowiem
A obłoki na niebie też są bardzo blisko
i płynący po morzu błękitny żaglowiec

Wylądował leciutko w szumie fal i wiatru.
Przeciągnął się i wzrokiem nowy świat ogarnął
Położył się wygodnie, żeby lekko zasnąć
wdychając woń fantazji – swojską, surrealną.


Resume (Noc polarna XVIII)
Napisane przez altermisza dnia marzec 03 2017 00:00:00
Potykasz się o siebie, dotykasz przedmiotów;
odchodzisz, zanim zaczniesz cokolwiek rozumieć.
Podbiegasz i przystajesz w nieznajomym tłumie,
oglądasz się za siebie i przyspieszasz kroku.

Przeglądasz stare listy i nowe rachunki,
przerzucasz się słowami, a z myślami bijesz.
Nie lubisz nagłych zdarzeń, chyba że są czyjeś.
Spoglądasz na zegarek – czas i tak ci umknie.

Oglądasz nowe zmarszczki i wciąż myślisz o nich.
Przechodzisz nowe wiosny, lecz więcej jesieni;
próbujesz coś odszukać i coś jeszcze zmienić.
Przecież, tak ci potrzeba ciepła jednej dłoni.
Na grodzisku
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2017 00:00:00











Gdzie wysmukłe dziewanny na wyschniętym jeziorze,
płowych traw, krzepkich ostów, zgrzanych chabrów pod słońcem,
gdzie nieśmiały bożychleb drobnolistnie się mnoży,
rozpaliła się łąka w południowej gorączce.

Nie czekała przybysza, lecz przyjęła gościnnie.
Dała miękkie posłanie w chłodnym cieniu leszczyny,
która rzekła spod liści – usiądź bliżej tuż przy mnie,
razem stare legendy na grodzisku wyśnimy.

Czyste niebo nade mną, w barwie lapis lazuli,
słońce w złoto obraca armię pokrzyw przy wale.
Kiedy zamknę powieki, wszystko pachnie i szumi,
jak opowieść sprzed wieków, która z głębin powstaje.

Mlecze w puchu są lekkie, bo jagnięca ich przędza.
fruwająca na skrzydłach drobnych stad żywych ziaren.
Z nimi czas białej magii, który już się dopełnia,
powędrował za groblę w krzewy jeżyn i malin.

W dzikim zbożu żeglował, trącał struny tej harfy
- lekki wiatr od zachodu z balladami na grzbiecie.
Dawne bóstwa słuchały, przecież nigdy nie zmarły,
wciąż czekając w ukryciu na swojego poetę.

Przyszedł sen – płonął ogniem rozniecanym na bagnach.
Wolnym nurtem się toczył niby rzeka przez puszczę,
przywołując obrazy, które przeszłość ukradła
i zazdrośnie schowała w głębi ziemi cichutkiej.

Gród zmartwychwstał na chwilę, żeby uciec w świat cieni.
Znów szerokie łopiany rozpostarły baldachim.
Sen i czary przepadły razem z dymem palenisk.
Nie przywołasz ich więcej – tego już nie potrafisz.


Wędrówki Jewgienija
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2017 00:00:00

Zamknął dom na dwa skoble, kłódkę i zaklęcie.
Wziął bukłaczek i plecak, do drogi gotowy.
Pegaz lekko go poniósł nad kraj śpiewnej mowy
i posadził pod lasem, gdzie ziół jest najwięcej.

W starej puszczy od razu owiało go chłodem.
Szedł po trawie żubrowej, a gdzie cień był czarny
po wilczymi łapami wyszarpanej darni,
przez mokradła, za klempą prowadzącą młode.

Gdy był już na równinie z domami pod gontem,
wiatr cerkiewnie zaśpiewał na polach i w sadach.
Siadł wygodnie pod wierzbą i długo z nim gadał,
bo tu świata jest koniec lub jego początek.

Prawosławny z łacińskim – podparły się krzyże,
w kępie bzu i leszczyny, gdzie się drogi dzielą.
Słońce lśniło czerwono, jak miedziany szeląg
i ciągnęło za wioskę, schodząc coraz niżej.





Ciszę zielnych zapachów i kryształki rosy
niosła na szorstkim grzbiecie wykoszona trawa.
Jewgienij ruszył ścieżką i ślad pozostawiał,
w cieniu skrzydeł Pegaza, niezgrabnych stóp bosych.

Dokąd go zaprowadzą niezbadane drogi,
polne miedze, ugory i przecinki leśne?
Popatrzy tylko w niebo, cicho sobie westchnie
i zaśnie w kopie siana, w łożu dla ubogich.

Cierpienia poetyckie Jewgienija
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2017 00:00:00


Jewgienij drzwi otworzył i poczuł od progu
zapach wczesnej jesieni zamkniętej w gąsiorze.
Zaczęli więc bez niego, nie mogło być gorzej;
bo Erato z Pegazem razem pić nie mogą.

Na stole stała armia wyssanych butelek,
a muza ze skrzydlatym śmiali się do szklanek.
Widać, że towarzystwo jest dobrze pijane,
żwawo ciągnąc z karafki, w której też niewiele.

Pegaz dostrzegł go pierwszy, ale nie skojarzył,
tylko skrzydła rozłożył, szczerbate, jak grzebień.
Rozczochrana Erato patrzyła przed siebie
z przylepionym uśmiechem na rumianej twarzy.

Zaraz pewnie się zacznie – głucho jęknął Żenia
i skoczył, żeby znaleźć siatkę na poezję.
Wszystkie wiersze wyłapie: knoty, lepsze, niezłe.
Przepisze najsmaczniejsze, a reszta – na przemiał.

Erato wytrysnęła - sonet na sonecie;
a Pegaz jął wypuszczać seriami eposy.
Jewgienij chwyta, biega, chociaż ma już dosyć.
Musi cierpieć za wszystkich, jest poetą przecież.




Piosenka dziadowska Jewgienija o podróży polską koleją
Napisane przez altermisza dnia marzec 02 2017 00:00:00



Drodzy ludkowie, poznajcie mą mękę;
bo podróżować wypadło koleją.
Tłum potępieńców przed kasy okienkiem.
Cuda się dzieją.

Z biletem w zębach, na peronie, wreszcie;
gdy z megafonu głos popłynął głos szczery,
że opóźniony ekspres minut dwieście
trzydzieści cztery.

Trwoga i lament, twarze zapłakane.
Niejeden śmiałek, nie bacząc na błoto,
przyjął na drogę ostatni sakrament,
ruszył piechotą.

Pojazd nadjechał, anioły zagrały
na krętych rogach, gromkie: Gaude Mater.
A w chwilę potem, świat był mleczno biały,
za szyby matem.

Ciągle jedziemy, stłoczeni jak dorsze.
Ciemno i zimno, gęsty smród się niesie,
Lecz nie narzekam, miejsce mam niezgorsze.
Tuż przy sedesie.

Podróż bezsenna, ciągle w dal, nieznaną.
Żegnajcie mili, będę was pamiętał.
W domu się zjawię może na Wielkanoc.
To także święta.
Grusza
Napisane przez altermisza dnia marzec 01 2017 00:00:00





Pierwsze, chłodne poranki zaczęły już warzyć
cierpki napój - wrześniowy, ze zroszonych liści.
Codziennie bledsze niebo. Przecież coraz bliższy,
czas nadejścia jesieni o zziębniętej twarzy.

Słońcu trudniej się wspinać, dłużej błyszczą gwiazdy.
Pachną jabłka w ogrodzie, brzemienne śpią śliwy.
Tylko grusza pod płotem chyli kark swój krzywy
- bezlistna, bez owoców i z pniem obumarłym.

Zapatrzyła się w siebie. Dlatego samotność,
nie jest dla niej ciężarem,łatwiej będzie odejść;
pożegnać się z tym miejscem i powitać z bogiem
kwitnących wiecznie sadów, by znów żyć i rosnąć.


Pod spodem (wyróżnienie - Turniej Jednego Wiersza "Poetycki Lombard"; Oleśnica; 2012)
Napisane przez altermisza dnia luty 03 2017 00:00:00






Wyschło niebo - spękane, jak ślad po kałuży ;
wrony wściekle się kłócą w knajackiej grypserze.
Wszystko wokół zmęczone, kalekie, nieświeże;
zanurzone w półmroku, który trwa tu dłużej.

Dzieciom o starych twarzach, nawykłym do bójek,
znudziły się zabawy w seryjnych morderców;
teraz siedzą na schodach, licząc do dziesięciu
- chmury, kapsle i cegły – dalej nikt nie umie.

Wdowiec z piętra przystanął, nie trzeźwieje nigdy;
jego pamięć, jak kurtka, do podszewki zdarta.
Chwieje się i studiuje pismem Leonarda,
odbite w brudnej szybie, zardzewiałe szyldy.

W zakamarkach podwórza zatacza się echo
ptasich wrzasków i kurew śmiejących się w bramie.
Widać, mają na działkę, więc bawią się same
i radują, przyznaną im dzisiaj dyspensą.

Szczury chodzą niespiesznie w kipiącym śmietniku,
kotów nie ma, bo zdechły już po siedem razy.
Zawirował pióropusz poszarpanych gazet,
i zniknął ponad murem, szybując donikąd.

Starzec siedział przy oknie, mrużył blade oczy,
jakby czekał, aż sięgnie go wieczna amnestia.
Mógłby wyjść już na wolność, gdyby tylko zechciał,
wejść na wąski parapet i swobodnie skoczyć.




Wigilia u Piurnonsensowicza
Napisane przez altermisza dnia luty 03 2017 00:00:00




Kruk chodził pod latarnią, by się w świetle ogrzać,
gdy bydełko kolędy ryczało w oborze.
W taki wieczór zabronić mu tego nie można.
Nawet świnie śpiewają, choć robią to gorzej.

Karp zdawał się spoglądać lękliwie z półmiska,
barszcz mienił się w jak rubin na białych talerzach.
Zanim siedli za stołem, Jewgienij wyściskał
domowników, choć wzrokiem do jadła już zmierzał.

Pegaz sianko wyżerał i spluwał haiku,
Erato żeglowała w zaspach białych wierszy.
Takich masz Jewgieniju, stałych biesiadników
- stara muza i wałach, do żarcia wciąż pierwszy.

Jasna gwiazda przemknęła przez niebo w cekinach,
rozprysła się na części, tyle - ilu ludzi.
Coś starego odchodzi, a nowe zaczyna,
nocą, która śpi cicho. Nie trzeba jej budzić.


Witaj
Napisane przez altermisza dnia kwiecień 21 2015 00:00:00



















Blogi:

Link Czar komnaty - grafomańska powieść retro w odcinkach



Link Jewgienij Piurnonsensowicz








Prawdziwa sztuka to taka. która powstaje dzięki potrzebie tworzenia
Albert Einstein


























Tomik poetycki Michała Witolda Gajdy :
„Zabawa w samotność”

„Zabawa w samotność' ukazała się nakładem Wydawnictwa KRYWAJ z Koszalina i jest
do nabycia poprzez wpłatę na konto (ING Bank ŚLĄSKI 03 1050 1852 1000 0092 0693 4136)
15 PLN + 4,20 PLN (koszty krajowej przesyłki poleconej).
Na życzenie – z autografem autora, bądź z dedykacją.




Altermisza.cba.pl website reputation

Czytaj więcej
Ostatnio poruszane tematy
  Temat Wyświetleń Odpowiedzi Ostatni post
Gwara poznańska: litery od ...
słownik wyrazów nieobcych
1039 0 altermisza
20-09-2012 17:28
Powitanie i parę słówek gwa...
słownik wyrazów nieobcych
1719 2 altermisza
17-05-2012 12:54
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Ostatnie komentarze
naprawdę niezłe :) ...
dla inspiracji polec...
widać że pisał artys...
Acai Berry Juice - A...
Acai Berry Juice - A...
Acai Berry Health Be...
Article For Acai Ber...
Will Acai Decrease Y...
Acai Berry - Why Is ...
Choose A Normal Func...
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

Brak wiadomości. Może czas dodać własną?